Zen na co dzień

Zen na co dzień

Charlotte Joko Beck
Początek praktyki

Początek praktyki

Charlotte Joko Beck

http://budda.eh2/img/polecamy/ksiazki/elay/10t.jpg


 

Mój pies nie troszczy się o sens życia. Być może niepokoi go, kiedy nie dostanie śniadania, ale na pewno nie przesiaduje, zamartwiając się tym, czy dozna spełnienia, zostanie wyzwolony albo oświecony. Jeśli tylko pani daje mu jeść i okazuje odrobinę uczucia, to psie życie jest dobre. Ale ludzie to nie psy. Z powodu właściwego sobie egocentryzmu miewają mnóstwo kłopotów. Jeżeli człowiek nie potrafi zrozumieć, na czym polegają błędy w jego własnym sposobie myślenia, to świadomość własnej osobowości może okazać się nie tylko największym błogosławieństwem, ale i przyczyną upadku.

W pewnym stopniu wszyscy uważamy, że życie jest trudne, pełne kłopotów i przytłaczające. Jeśli nawet przez pewien czas wszystko układa się dobrze – a tak się niekiedy przecież zdarza – martwimy się, że prawdopodobnie ten stan długo nie potrwa. Zależnie od tego, jaki bagaż wcześniejszych przeżyć

niesiemy ze sobą, w dorosłość wkraczamy z ambiwalentnymi oczekiwaniami wobec życia. Gdybym powiedziała, że wasze życie jest idealne i pełne właśnie takie, jakie jest, z pewnością pomyślelibyście, że zwariowałam. Nie ma ludzi, którzy uważają, że ich życie jest doskonałe. Każdy z nas żywi zarazem głębokie przeświadczenie o nieograniczoności ludzkiej natury. Tutaj więc rodzi się podstawowa sprzeczność: wiemy, że życie to przytłaczająca zagadka – co sprawia, że czujemy się nieustannie nieszczęśliwi – a równocześnie mamy mgliste przeczucie nieograniczon ej natury życia. Dlatego zaczynamy szukać rozwiązania tej zagadki.

Najpierw zaczynamy szukać poza sobą, na powierzchni życia. Wielu ludzi uważa, że gdyby tylko mieli większy samochód, ładniejszy dom, bardziej udane wakacje, wyrozumialszego szefa lub ciekawszego partnera, ich życie byłoby dobre. Przez te etapy szukania przechodzi każdy z nas. Z czasem tych „gdyby tylko…” jest coraz mniej. „Gdybym tylko miał to lub tamto, moje życie byłoby dobre”. Każdy z nas w jakimś stopniu wciąż eliminuje owe własne „gdyby tylko…”. Najpierw na poziomie podstawowym. Potem przenosimy się w coraz subtelniejsze rejony. Na koniec, poszukując elementów świata zewnętrznego, które przyniosłyby nam spełnienie, zwracamy się ku dyscyplinie duchowej. Niestety, na tę nową drogę poszukiwań zwykle przenosimy nasze wcześniejsze nastawienie. Ludzie, którzy przychodzą do ośrodka zen, zazwyczaj już nie uważają, że sprawę załatwi cadillac, ale że dokona tego oświecenie. Odnajdują więc nowy cukierek, swoje nowe „gdyby tylko”. „Gdybym tylko potrafił zrozumieć, czym jest samorealizacja, byłbym szczęśliwy”. „Gdybym tylko miał odrobinę doświadczenia z iluminacją, byłbym szczęśliwy”. Rozpoczynając praktykę zen, wyobrażamy sobie, że dokądś dojdziemy, że doznamy oświecenia i sięgniemy po wszystkie cukierki, których nie udało się nam spróbować w przeszłości.

Całe nasze życie polega na tym, że maleńki podmiot szuka obiektu poza sobą samym. Ale jeżeli za punkt wyjścia weźmie się coś tak ograniczonego jak ciało lub umysł i zacznie się poszukiwać czegoś poza nimi, wówczas to coś też staje się ograniczone. Tak więc coś, co z natury posiada cechy ograniczoności, dąży do czegoś, co również jest ograniczone. Wszystko to prowadzi tylko do eskalacji szaleństwa, które czyni człowieka nieszczęśliwym. Tworzymy latami nasz tak czy inaczej ukierunkowany sposób patrzenia na życie. To jestem „ja”, a gdzieś tam istnieje ta „rzecz”, która sprawia mi ból albo przyjemność. Przez całe życie staramy się unikać tego, co rani i drażni. Dostrzegamy przedmioty, ludzi i sytuacje, które naszym zdaniem, wywołują ból lub przyjemność, po czym unikamy pierwszych, a zabiegamy o drugie. Czynimy tak wszyscy, bez wyjątku. Trwamy oddzieleni od życia, przyglądając się mu, analizując je i oceniając, szukając odpowiedzi na ważne pytania. „Co będę z tego miał? Czy to sprawi mi przyjemność lub przyniesie ulgę, czy też mam przed tym uciekać?” I tak bez przerwy. Pod miłą, przyjazną fasadą kłębi się ból i strach. Mamy własne sposoby, by to zagłuszyć: objadamy się, upijamy, pracujemy ponad siły, nałogowo oglądamy telewizję. Zawsze robimy coś, za pomocą czego staramy się ukryć nasze lęki egzystencjalne. Niektórzy żyją tak aż do śmierci. Z upływem lat jest coraz gorzej. W wieku dwudziestu pięciu lat wyglądają jeszcze nieźle, około pięćdziesiątki – już strasznie. Wszyscy znamy takie osoby, które na dobrą sprawę już za życia są martwe. Duszą się w swoich ciasnych poglądach i jest to równie bolesne dla ich otoczenia, jak i dla nich samych. Rozmaitość i radość życia gdzieś umknęły. Taki ponury los może spotkać każdego, kto nie zrozumie faktu, że należy pracować nad własnym życiem, że trzeba ćwiczyć. Człowiek powinien przejrzeć iluzję, że „ja” istnieje w całkowitym oddzieleniu od „tamtego”. Praktyka zen polega na zapełnieniu pustej przestrzeni, która się między nimi znajduje. Dopiero w chwili, gdy podmiot staje się jednością z obiektem, możemy wreszcie pojąć, czym jest życie.

Oświecenie nie jest czymś, co się osiąga. To raczej nieobecność czegoś. Przez całe życie człowiek do czegoś dąży, pragnie osiągnąć jakiś cel. Oświecenie polega na porzuceniu tego wszystkiego. Ale samo mówienie o tym nic nie daje. Każdy musi samodzielnie podjąć trud praktyki. Niczym nie da się jej zastąpić. Można o niej czytać choćby i przez tysiąc lat, ale nie zda się to na nic. Każdy musi praktykować, co więcej – praktykować usilnie i do końca życia.

Tym, czego w rzeczywistości pragniemy, jest życie w zgodzie z naturą. Nasze życie jednak tak bardzo odbiega od naturalności, że na początku praktyka zen jest bardzo trudna. Ale gdy sobie uświadomimy, że nasze problemy życiowe istnieją w nas, a nie poza nami, będzie to oznaczało, że wkroczyliśmy na właściwą ścieżkę. Kiedy rozpocznie się to przebudzenie, kiedy przekonamy się, że życie może być bardziej otwarte i pełne radości, niż kiedykolwiek przypuszczaliśmy, wtedy nabierzemy chęci do praktyki.

Wkraczamy w obszary zen po to, żeby porzucić życie pełne szaleństwa. Zen ma prawie tysiąc lat i szczegóły metody zostały już dopracowane. Nie jest ona łatwa, ale nie kłóci się też ze zdrowym rozsądkiem. Przeciwnie, jest naturalna i bardzo praktyczna. Odnosi się do codziennego życia, czyni lepszymi pracę, wychowanie dzieci i nasze więzi z innymi ludźmi. Zdrowsze i przynoszące zadowolenie życie musi się brać ze zdrowej i zrównoważonej praktyki. Tym, czego szukamy przede wszystkim, jest sposób pracy nad podstawowymi przejawami szaleństwa, które wciąż w nas tkwi z powodu naszej własnej ślepoty.

Potrzeba odwagi, żeby dobrze siedzieć. Zen nie jest dla każdego. Należy mieć wolę robienia czegoś, co nie jest łatwe. Jeśli włożymy w to odpowiednio dużą dozę cierpliwości i wytrwałości, korzystając ze wskazówek dobrego nauczyciela, w naszym życiu z czasem pojawi się spokój i równowaga. Emocje już nie będą miały nad nami takiej władzy. Kiedy siedzimy, przekonujemy się, że przede wszystkim musimy pracować nad naszym ruchliwym, chaotycznym umysłem. Jesteśmy uwikłani w szalony potok myśli, podczas gdy w praktyce zen trzeba ukierunkowywać myślenie tak, by stało się jasne i zrównoważone. Tylko czysty i pełen równowagi umysł, którego nie zaprzątają różne sprawy, jest gotów na otwarcie i wtedy – przez chwilę – możemy sobie uświadomić, kim naprawdę jesteśmy.

Siedzenie nie jest czymś, co robi się przez rok lub dwa z myślą o dojściu do perfekcji. To się robi przez całe życie. W życiu człowieka proces otwierania się nigdy się nie kończy. Ostatecznie zrozumiemy, że jesteśmy rozległym, nieograniczonym kawałkiem wszechświata. Naszym zadaniem na resztę życia jest otwieranie się na ten ogrom i wyrażanie go. Coraz ściślejszy kontakt z rzeczywistością zawsze rodzi współczucie dla innych i zmienia nasze codzienne życie. Inaczej żyjemy, pracujemy i odnosimy się do innych. Zen to nauka na całe życie, a nie tylko siedzenie na poduszce przez trzydzieści lub czterdzieści minut dziennie. Całe nasze życie staje się praktyką, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

 

* * *

 

Teraz chciałabym odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących ćwiczenia zen i jego związku z naszym życiem.

UCZEŃ: Czy może pani szerzej omówić ideę puszczania myśli, które pojawiają się w czasie medytacji?

JOKO: Nie wydaje mi się, abyśmy kiedykolwiek cokolwiek puszczali. Wydaje mi się, że nigdy niczego nie puszczamy. Sądzę, że po prostu wyczerpujemy różne sprawy. Jeśli zaczniemy zmuszać umysł do zrobienia czegoś na siłę, powrócimy do dualizmu, z którego staramy się wydostać. Najlepszym sposobem puszczania myśli jest zauważenie momentu, kiedy się pojawiają, i przyjmowanie tego do wiadomości. „No tak, znów to robię”. Po takiej konkluzji należy bez wydawania sądów wrócić do czystego przeżywania chwili obecnej. Musicie po prostu być cierpliwi. Być może trzeba będzie to powtórzyć tysiąc razy, ale wartość praktyki polega właśnie na tym, że wciąż po wielokroć wracamy umysłem do teraźniejszości. Znowu, znowu i znowu. Nie warto szukać jakiegoś cudownego miejsca, w którym myśli nie będą się pojawiały. Ponieważ myśli zasadniczo nie są bytem realnym, przychodzi moment, w którym stają się mniej wyraźne i natarczywe. Z czasem zwyczajnie obumierają, a my właściwie nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Myśli te to próba ochrony nas samych. Tak naprawdę nie chcemy ich porzucić, ponieważ jesteśmy do nich przywiązani. Ostatecznie będziemy w stanie zrozumieć ich nierealność, pod warunkiem, że pozwolimy, by film trwał dalej. Kiedy ten sam film obejrzy się pięćset razy, staje się on nudny. Naprawdę!

Istnieją dwa rodzaje myśli. Nie ma nic złego w tym, co określam jako „myślenie techniczne”. Trzeba pomyśleć, w jakiej kolejności przejść z jednego rogu pokoju w drugi, upiec ciasto, rozwiązać zadanie z fizyki. Takie wykorzystanie umysłu jest prawidłowe. Nie można orzec, że jest realne lub

nierealne – jest, jakie jest. Ale opinie, osądy, wspomnienia, marzenia o przyszłości? Dziewięćdziesięciu procentom myśli kłębiących się w naszych głowach brakuje cech realności. I jeśli się zawczasu nie przebudzimy, wędrujemy tak od narodzin do śmierci, tracąc na nie większość życia. Najbardziej wstrząsający (proszę mi wierzyć, naprawdę wstrząsający!) w całej praktyce jest moment, w którym zaczynamy rozumieć, co się dzieje w naszych głowach. Doznaje się wtedy prawdziwego szoku. Spostrzegamy bowiem, że mamy skłonności do przemocy, uprzedzeń i egoizmu. Do takich stanów prowadzi życie oparte na fałszywym myśleniu, obwarowane różnymi uwarunkowaniami. Ludzie są z natury dobrzy, życzliwi i współczujący, ale potrzeba dużo wysiłku, żeby dokopać się do tego ukrytego skarbu.

UCZEŃ: Powiedziała pani, że z biegiem czasu wzloty, upadki i porażki tracą swoją wagę, aż w końcu znikają…

JOKO: Nie sugeruję, że nie będziemy ponosili porażek. Twierdzę tylko, że kiedy porażki się pojawią, nie będziemy kurczowo trwać przy nich. Jeśli się zdenerwujemy, będzie to trwało sekundę. Inni może nawet nie spostrzegą naszego

stanu. I właśnie o to chodzi. Nie trzeba trwać w gniewie, nie trzeba rozkręcać karuzeli myśli. Nie znaczy to, że po latach ćwiczeń przemienimy się w zombie. Przeciwnie, staniemy się zdolni do wyzwalania prawdziwych emocji i okazywania uczuć innym. Przestaniemy zasklepiać się w naszych wewnętrznych stanach.

UCZEŃ: Mogłaby pani coś powiedzieć na temat naszej codziennej pracy jako elementu praktyki?

JOKO: Praca jest najlepszą częścią praktyki zen. Nie ma znaczenia jej rodzaj, najważniejsze, żeby wykonywać ją z wysiłkiem i uwagą skierowaną bez reszty na to, co mamy przed sobą. Kiedy zabieramy się do czyszczenia pieca, powinniśmy całkowicie się tym zająć i mieć świadomość wszelkich myśli, które przerywają nam pracę. „Nienawidzę czyszczenia piekarnika. Amoniak śmierdzi! A kto w ogóle lubi czyścić piekarnik? Z moim wykształceniem nie powinnam tego robić!” Wszystkie te myśli nie mają żadnego związku z czyszczeniem pieca. Kiedy umysł zaczyna dryfować w niepożądanym kierunku, należy znów skoncentrować się na pracy. Wykonujemy określone zadanie i na nim powinniśmy skupić całą naszą uwagę. Niestety, niewielu z nas podchodzi do pracy w ten sposób. Jeśli będziemy cierpliwie ćwiczyć, praca będzie szła płynnie. Po prostu będziemy robili to, co musi być zrobione.

Bez względu na to, jak żyjecie, zachęcam do uczynienia pracy przedmiotem waszej praktyki.

 

 

http://budda.eh2/img/polecamy/ksiazki/elay/logo_elay.jpg


Bottom

..:..